poniedziałek, 18 stycznia 2010

Zielone wzgórza Podola

Stanisław Ignacy Witkiewicz

Zielone wzgórza Podola

Przedmowa

Zielone wzgórza Podola powstały w roku 1938, a wiec pod koniec życia artysty. Jak sądzi większość znawców literatury, opowiadanie to jest jednym ze szczytowych osiągnięć Witkacego, jednak z niewiadomych powodów nie jest ono znane szerokiemu ogółowi czytelników. A szkoda, gdyż autor ukazuje tu wiele nowatorstwa, urzeka świeżym spojrzeniem na problemy filozoficzno-egzystencjalne i czaruje wspaniałymi zdolnościami narracyjno-opisowymi połączonymi z doskonałym doborem słownictwa. Parę słów wyjaśnienia należy się tytułowi dzieła. Nie jest on, jak sądzi zapewne większość czytelników, pastiszem tytułu innego wielkiego utworu. Wbrew pozorom jest on jak najbardziej oryginalny, zaś aby to udowodnić, oddajmy głos samemu autorowi: „Kilka dni temu miałem wspaniały sen. Śniłem mianowicie o tym, że jestem uczestnikiem wyprawy po okolicznych wsiach, zdążającej na wielkim automobilu w stronę Tarnopola. Pewnego dnia automobil nasz natknął się na tak zwane pole burzanowe, czyli obszar stepu pokryty gęsto krzakami burzanu. Już wydawało się, że utoniemy w przestworze suchego oceanu, że ciała nasze zdobędą wieczny spoczynek w szafirowych, ziemnych odmętach, gdy za burzanową barierą ukazał się naszym oczom istny raj. Zielone wzgórza, pokryte wspaniałą, stepową roślinnością, szemrzące strumienie, łąki, pola,lasy i wspaniałe, gorące słońce. Widok ten zrobił na mnie ogromne wrażenie i od chwili przebudzenia nie mogę go zapomnieć. Stał się on dla mnie natchnieniem i dzięki niemu wpadłem na pomysł na wspaniałe opowiadanie, i jeśli czas pozwoli na dniach wezmę się za pisanie”. Słowa te napisał Wikacy 16 maja 1938 roku w liście do przyjaciela Zbigniewa Moczydłowskiego. Wyjaśniają one bardzo wiele odnośnie bajkowo-onirycznej atmosfery utworu, gdyż motyw snu i marzeń sennych przeplata się przez całe opowiadanie. Nie powinno to dziwić, ponieważ trudno spodziewać się twardego realizmu po czymś, co zrodzone zostało dzięki tajemniczemu snu.

„Zielone wzgórza Podola” byłyby wspaniałym materiałem dla psychoanalityka, gdyż autor daje tu wyraz swym głęboko ukrytym w niezgłębionych pokładach podświadomości fobiom, lękom i maniom. Weźmy na przykład samo nazwisko głównego bohatera - Stanley Spinthaall, będące przejawem pokrętnej manii Witkacego, zapalonego maga i znachora-amatora. Podobnie, dziwne nazwiska, takie jak Hryczany czy Rozwora możemy zresztą znaleźć w „Pożegnaniu z jesienią” albo „W małym dworku”. Podobnie motyw Tajnej Policyi jest nieco zmodyfikowanym wątkiem wyjętym z „Szewców” i po głębszej analizie porównawczej nawet laik dostrzeże w obu utworach moc podobieństw. I to też jest skutkiem lęków tkwiących w mrocznych zakątkach umysłu autora, a dokładniej lęku przed inwigilacją i podsłuchem, o którym pisali chyba wszyscy biografowie wielkiego Witkiewicza. Nie można jednak traktować opowiadania wyłącznie jako materiału dyskusyjnego dla psychologów. Również czytelnicy o filozoficznych zainteresowaniach znajdą tu kilka słów adresowanych do siebie. Witkiewiczowska wizja świata, prostego, bo zamkniętego w czterech ścianach zasypywanego śniegiem domu, jest jednak wizją skomplikowaną ze względu na skomplikowane wzajemne relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Konflikty jednostka-świat oraz jednostka-własne ego są kluczowymi dla rozwoju akcji oraz ideowego, uniwersalnego przesłania niesionego przez karty utworu.Kończę ten krótki wstęp mając nadzieję, że nieznany dotąd utwór Witkiewicza zagości od dzisiaj na dobre w domowych biblioteczkach smakoszy literatury.

Lubomyr Remigian Mudryj

Sen Dochtora Spinthaalla był jak zwykle ciepły i kolorowy, bowiem człowiek ten bardzo dbał o jakość swych snów. Nigdy nie jadał wieczorem ciężko strawnych posiłków, kładł się do łóżka nie później niż o dwudziestej drugiej, a przed snem słuchał muzyki przybocznego guślara. Spinthaall śnił właśnie o wyprawie do wsi pełnej znachorów i wróżbitów. Wyprawa taka była zawsze jego marzeniem, choć jak dotąd nie ziszczonym, i to bynajmniej nie ze względu na brak środków materialnych (Spinthaall był jednym z bogatszych obywateli miasta Z.), ale z powodu lęku z powodu choroby lokomocyjnej, która skutecznie uniemożliwiała mu wycieczkę dalszą niż piętnastominutowa jazda automobilem. Oprócz tego, w obawie przed hadiugami nigdy nir podróżował w porze nocnej. Sen pana Dochtora Stanleya rozwijał się wspaniale i był nie mniej interesujący niż filmy z Azją Tuhajbejowiczem. Jego ekipa ociekając potem torowała sobie siekierami drogę przez zarośla i chaszcze, pragnąc dotrzeć do zapomnianej rusińskiej wsi. Już coś zaczynało prześwitywać przez gęste chaszcze, już właściciel snu czuł przyspieszone bicie swego serca, gdy krajobraz nagle się zmienił. Spinthaall poczuł najpierw lekki powiew chłodnego wiatru. Gdy zaczął zastanawiać się nad przyczyną nagłej zmiany pogody, chłodny wiatr zmienił się w lodowaty wicher, a chaszcze w śnieżną pustynię. Śnieg padał tak obficie, że nie było widać nic, co znajdowało się dalej niż o kilka kroków. Dochtor Spinthaall rozejrzał się dookoła i zauważył, że reszta uczestników wyprawy gdzieś zniknęła. Zaczął wołać na cały głos, ale nikt nie odpowiadał. Serce zaczęło walić mu jak oszalałe, jakby chciało wyrwać się z piersi, i wtedy całkowicie przemarznięty Spinthaall obudził się.Otwarł oczy i przetarł je, chcąc wypędzić resztki snu. Sen rzeczywiście prysł, ale uczucie przenikliwego zimna ani myślało ustąpić. Co więcej, słychać było szum wiatru. Spinthaal wyciągnął rękę i namacał w ciemności siarniki, podszedł do lampy naftowej, szybko zdjął szkiełko, zapalił knot i zdębiał. Cały pokój pokryty był warstwą śnieżnego puchu, który szybko topniał dotykając podłogi i sprzętów, ale równie szybko napływał przez metrową dziurę w ścianie. Dochtor Stanley uszczypnął się w ucho, ale niewiele pomogło. Ugryzł się w palec, ale koszmarna dziura wciąż ziała czernią nieprzeniknioną. Wtedy przypomniał sobie, że w ścianie, w wyrwanym przez nieznaną siłę miejscu, znajdował się rodzinny skarb, w którym była siła klejnotów, dukatów i dobra wszelakiego. Wykoncypował sobie wtedy nieborak, że to jeno jego imaginacyja figle płata, albo iż Morfeusz zapałał do niego afektem i nie chce wypuścić ze swych sennych objęć. Pochwycił tedy ciężki przycisk biurowy żeliwny, który dziwną koincydencją stal na nocnym stoliku i jął się nim okładać po łbie z wyjątkowa zaciekłością. Jednak sen nie pryskał, i gdy przycisk pękł z hukiem na czerepie rubasznym, doszedł do konkluzji, że to nie wyimaginowana i nie wyśniona dziura, ale realny skutek napadu nędznych, potępienia godnych złoczyńców, którzy niewiarygodnym sposobem ukradli kawał ściany plus sejf.

- To pewnie robota tych paskudnych, obrzydliwych, obleśnych, wrednych, głupich, kretyńskich, szurniętych, świrniętych, kopniętych, stukniętych, debilnych, walniętych, rąbnietych, fuckniętych, pieprzniętych, przekręconych, pokręconych, zakręconych, wykolejonych, porąbanych, ograniczonych, niedorozwinietych, zaplutych, zasmarkanych, zasranych, brudnych, śmierdzących, wszawych, pchławych, pryszczatych, zarobaczonych, oślizgłych, zaflegmionych, zaropiałych, gnijących, ubłoconych, zaśnieżonych, żulastych, świńskich, niehigienicznych, oziębłych, zakatarzonych, tranożernych, futrzastych, tłustych, zarośniętych, nieogolonych, niezdepilowanych, owłosionych, podwędzonych, szponiastych, mrożonych, niekulturalnych, nieuprzejmych, sadystycznych, źle wychowanych, krwawych, morderczych, zabójczych, przebieglych, szczwanych, plugawych, Czereśniaków Znachorów - pomyślał mściwie, złośliwie, chamsko, wrednie, sadystycznie, morderczo, zabójczo, krwawo, kryminalnie i nieugięcie Dochtor Spinthaal.

- Nic nie ukryje się przed Policyją do spraw Wykrywania, Tropienia i Tępienia Wszelkich Objawów Ksenofobii, Rasizmu i Nietolerancji Rasowej, czyli PWTTWOKRNR - powiedział inspektor Policyi do spraw Wykrywania, Tropienia i Tępienia Wszelkich Objawów Ksenofobii, Rasizmu i Nietolerancji Rasowej, czyli PWTTWOKRNR, Ali Ahmed Skin-Head, który pojawił się ni z Tąd ni z Owąd, i klucząc Tędy i Owędy po mieszkaniu z Owąd ni z Tąd wrzasnął - Za nazwanie Tubylców chamami, w imieniu Policyi do spraw Tropienia i Tępienia Wszelkich Objawów Ksenofobii, Rasizmu i Nietolerancji Rasowej, w skrócie PWTTWOKRNR, aresztuję towarzysza Dochtora Spinthaalla za podżeganie do waśni medyczno-narodowościowych, z artykułu 12 paragraf 15 punkt 3 akapit 16 od dołu, podpunkt ź, zdanie podrzędne pomiędzy drugim a trzecim przecinkiem.

- Stanowczo, odważnie, zdecydowanie i nieugięcie protestuję - uniósł się pół metra nad ziemią Spinthaall, jakby był żabą latającą a nie zwykłym przedstawicielem człekopodobnych - Nazwałem ich tylko paskudnymi, obrzydliwymi, obleśnymi, wrednymi, głupimi, kretyńskimi, szurniętymi, świrnietymi, kopniętymi, stukniętymi, debilnymi, walniętymi, rąbniętymi, fuckniętymi, pieprzniętymi, przekręconymi, pokręconymi, zakręconymi, wykolejonymi, porąbanymi, ograniczonymi, niedorozwiniętymi, zaplutymi, zasmarkanymi, zasranymi, brudnymi, śmierdzącymi, wszawymi, pchławymi, pryszczatymi, zarobaczonymi, oslizgłymi, zaflegmionymi, zaropiałymi, gnijącymi, ubłoconymi, zaśnieżonymi, żulastymi, świńskimi, niehigienicznymi, oziębłymi, zakatarzonymi, tranożernymi, futrzastymi, tłustymi, zarośniętymi, nieogolonymi, niezdepilowanymi, owłosionymi, podwędzonymi, szponiastymi, mrożonymi, niekulturalnymi, nieuprzejmymi, sadystycznymi, źle wychowanymi, krwawymi, morderczymi, zabójczymi, przebiegłymi, szczwanymi, plugawymi Znachorami!

- A to uniżenie, ulegle, z zażenowaniem, ze wstydem, kornie, błagalnie, ze łzami w oczach, z piekącym licem, z kąpiącym nosem przepraszam pana za niesłuszne posądzenie - powiedział inspektor i najspokojniej w świecie wyszedł przez dziurę w ścianie.

Dochtor Spinthaal tak zdziwił się absurdalnością sytuacji, że przez kilka chwil nie był w stanie nawet nic jasno pomyśleć. Nie miał pojęcia, dlaczego oskarżył o niecny czyn Bogu ducha winnych Tubylców, w jaki sposób do jego myśli dostał się inspektor Policyi o której słyszał pierwszy raz w życiu, a nade wszystko co się stało z jego rodowym skarbem wmurowanym w grubą na dwa metry ścianę.

Wtem z nocnego stolika rozległ się przykry, metaliczny dźwięk starego budzika, którego pan Spinthaall używał od kilkunastu lat, gdyż nie mógł przyzwyczaić się do piania kogutów. Wtedy Dochtor Stanley poczuł, że się budzi.

- Dzięki Bogu to był tylko zły sen - pomyślał nie otwierając oczu. Zdziwiło go tylko, że nadal było paskudnie zimno i wiał lodowaty wietrzyk. Gdy na domiar złego zimny płatek śniegu osiadł mu na nosie, nie wytrzymał i otwarł oczy. Świtało już i przez szyby w oknach i dziurę w ścianie wpadały pierwsze promienie zimowego słońca, gdyż dziura ta najwidoczniej nie miała zamiaru przestać się śnić.

Stanley Spinthaall zlekka się wkuźwił, wstał z wyra i zaczął drałować tam i z powrotem od klopa do salonu. Ponieważ w sraczu nieźle jechało gównem, bo rura się zatkała, szybko zmienił trasę na salon-kuchnia. Gość zaczął wtedy kombinować, co by tu zdiełać, bo wiecie, kupa kasy to kupa kasy i każdy by się podłamał gdyby mu skroili tyle baniek. Glin nie chciał wzywać, no bo część tej gotówy była trefna, a gdyby się przyczepili to by nie było wesoło. Myśli, myśli, myśli, munio zaczyna mu się grzać, śnieg z fryza już dawno wyparował, dymy idą uszami, no i wymyślił. Pomyślał se, że trza zadzwonić do prywatnego detektywa. Jak pomyślał, tak zrobił. Przewracał gościu książkę telefoniczną chyba godzinę, aż znalazł Czymbaj Murza Rudnickij - prywatny detektyw. Czerkies, ale chyba kapuje po polskiemu. No bo inaczej to po co by się ogłaszał w załozieckiej książce telefonicznej? Po czerkiesku przecie u nas nie umią.

Dochtor Spinthaall skierował zatem swe kroki w stronę alkierza, gdzie na nocnym stoliku stał aparat telefoniczny szafirami i malachitem inkrustowany jak na milionera przystało. W drżącą z emocji dłoń ujął delikatnie w smoki i węże rzeźbioną przez najlepszych snycerzy słuchawkę, wykręcił numer i rzekł:

- Telemachu, jakże to jechać w noc ciemną, choćby się nam i bardzo spieszyło? Prędko będzie świt. Zostań, póki heros Atryda, słynny włócznik Menelaos, nie złoży ci na wozie swych darów i sam z dobrym słowem nie odprawi.

- Ó! ńię łękąjćię się mójęj góryćży! - westchnął głos w słuchawce - Dąłibóg! ńię więm śąm, śkąd mi śię wżięłą; Długó pó śmięrći pięlgrżym tąjęmnićży ćhódziłęm, fąrby żbięrąjąć dó dzięłą.

- Nie rób se jaj durniu, tylko przyjedź, bo mi tu piwo w żyłach zamarza - przysiadł z wrażenia Spinthaall. Trudno mu się zresztą dziwić, bo się właśnie poślizgnął na oblodzonej podłodze i dupnął zadkiem w oszroniony parkiet, aż sople z sufitu zaczęły spadać(istny srakoboj).

- Jędźmy, nikt ńię wółą! - sapnął Czymbaj Murza Rudnickij i odłożył słuchawkę.

Natenczas Spinhall zdziwiony

Pochwycił nóż okrwawiony

I wbił go w chleb zamrożony

Widelec zaś w kotlet mielony

Od wczoraj pozostawiony

I zęby w kotleta wbiwszy

Szczękę w nim zostawiwszy

Trochę się zadziwiwszy

Język do stołu przymroziwszy

I gały wytrzeszczywszy

Westchnął: zima paskudna

Tak jak teściowa marudna

Pozbawić zdrowia mnie chce

O, słyszę pukanie.

Wtedy Dochtor Spinthaall zauważył, że osobnik o azjatyckich rysach twarzy gramoli się powoli przez dziurę w ścianie. A w co zapukał, pozostanie chyba jego słodką tajemnicą. Gdy Czerkies wszedł do środka, w jego ślady podążył miedzianoskóry Indianin, mimo mrozu ubrany jedynie w przepaskę na biodrach i orle pióro wetknięte we włosy. Czerwonoskóry rzekł:

- Blada Twarz wzywać Czymbaj Murza Rudnickij . Ja być Rączy Jeleń, jego tłumacz.

- Okradziono mnie! - jęknął Spinthaall - zróbcie coś! Wyrwali mi bandyci ze ściany dorobek całego życia !

- Dużó tęgó byłó? - zaciekawił się azjata.

- Czymbaj Murza Rudnickij się pytać ile tego być w tej ścianie - wtrącił się tłumacz.

- Dobre kilka milionów.

- Próśiłbym ó pódańię ókólićżńóśći tęgó rąbuńku, żę śżćżęgółńym uwżgłędńięńięm wśżęłkićh pódęjrżąńyćh ódgłósów, hąłąśów, śtuków, puków itępę itędę - powiedział detektyw.

- Obawiam się, że nie bardzo rozumiem - zasępił się Spinthaall.

- Czymbaj Murza Rudnickij prosić by Blada Twarz powiedzieć czy nie słyszeć dziwna hałasy, a także opowiedzieć wszystko co wiedzieć - wyjaśnił Indianin biegając na czworakach po mieszkaniu i wypatrując śladów. Jednak wysiłki jego nie dały zadowalających rezultatów, gdyż wszystkie ewentualne ślady zostały zasypane pięciocalową warstwą śnieżnego puchu, a pomiędzy kuchnią i łazienką utworzyła się dwumetrowa zaspa.

- Cóż mogę powiedzieć? Obudziłem się i już było po wszystkim. Niczego nie widziałem i nie słyszałem.

- Wśżyśtkó jęśt jąśńę. Tó pó próśtu wądą budówłąńą śćiąńy. Śąmą śię óbęrwąłą rążęm ż śęjfęm. tęń żąś wyłęćiął ńą żęwńątrż i różpuśćił się w kwąśńym śnięgu - autorytatywnie stwierdził Czerkies

- Czymbaj Murza Rudnickij twierdzić, ze ściana się sama oberwać a brylantats i gold się rozpuścić w kwaśny śnieg. Hough! - rzekł indiański tłumacz.

- Przecież to bzdura! - wykrzyknął Dochtor Stanley - Chyba nie wierzy pan w takie niedorzeczności?

- Pewnie, że nie. Rączy Jeleń uważać Czymbaj Murza Rudnickij się mylić. Oczywiście, że ściana się sama urwać, ale gold głęboki krater w ziemia, przebić świat na wylot, a potem wylecieć w kosmos i stać się druga Księżyc. I jeśli my go nie złapać, to on nabić guza Wielki Duch.

- Co? – Dochtor Spinthaall musiał przyznać, że czegoś tak głupiego jeszcze w życiu nie słyszał. Postanowił wypytać się tłumacza o szczegóły, i dowiedział się, że jeśli skrzynia ze złotem się otworzy na orbicie, to Ziemi przybędzie pierścień podobny do Saturnowego, tyle że złożony z monet, banknotów, akcyj i innych rzeczy znajdujących się obecnie w środku.

Jeszcze bardziej zadziwił się bohater, gdy każdy z gości zaczął podejmować kroki mające na celu udowodnienie swej hipotezy. Czerkies wyjął z kieszeni zestaw „Mały Chemik” i rozpoczął analizę laboratoryjną śniegu leżącego opodal domu, zaś Indianin wyciągnął skądś teleskop, wycelował go w niebo i zaczął wypatrywać krążącego wokół Ziemi skarbu Dochtora Stanleya, od czasu do czasu przeliczając coś na kalkulatorze i robiąc notatki patykiem na śniegu.

Wtem huknęło, zagrzmiało i zgasło, a następnie zadzwoniło. Spinthaall obudził się po raz kolejny, pełen najgorszych przeczuć, wlazł kotek na płotek, które zresztą szybko się zmaterializowały w postaci kupy śniegu, którą przysypane było łóżko. No i wtedy facet drapnął się w łepetynę, pogłufkowal pszes hfile i wzioł śe za wy gżebywane śe z pot śniega.

I gdy tylko bogowie zezwolili boskiemu Spintaallowi na ujrzenie zeusowego świata, jak karawana wielbłądów wiozących wonności delfickiej Antenie z dalekiej Asyrii, jak tabun koni dzikich, poświęconych gibkiej Artemidzie, jak stado baranów, pod brzuchami których mężny Odys i jego towarzysze uciekli z jaskini cyklopa Polifema, jak klucz Harpii przeraźliwych, odlatujących jesienną porą w strony ciepłe, jak Dejaniry paląca koszula wyprana w krwi centaura, jak Scylla i Charybda dla okrętów achajskich śmierć niosące, tak do zasypanego śniegiem mieszkania, przez otwór ścienny chłodem ziejący, wkroczyło mężne stado dzielnych i walecznych gąsiorów.

Mężne i waleczne gusiata wzięły się natychmiast za plądrowanie mężnie i walecznie broniącej się spiżarni. Po staranowaniu drwi komory okutej za pomocą gigantycznego sopla, gusiata zaatakowały od prawego skrzydła, wybijając piłkę na korner. Spiżarka dała jednak odpór zamrożonymi kabanosami, co spowodowało duże straty liczebne i obniżenie morale wśród przeciwnika. Jednak sędzia uznał to zagranie za nieczyste, w związku z czym spiżarnia dostała czerwoną kartkę i została usunięta z boiska (przez otwór w ścianie). W ślad za nią podążyły z szybkością Pershinga wygłodniałe gęsi.

- I bardzo dobrze - pomyślał jedyny kibic, Dochtor Spinthaall - I tak spiżarnia nie jest mi potrzebna, skoro mam kupę śniegu w mieszkaniu.

Wtedy bohater wpadł w nastrój liryczno refleksyjny, rozrzewnił się i poczuł nagłą potrzebę wykrzyknięcia sobie czegoś od serca i ulżenia nerwom zbolałym. Westchnął więc, i zaczął recytować Słowackiego Juljusza:

Ach, ja by świeża dziewanna

Obrastałam w kwiatki złote.

A dziś porzuciłam cnotę.

Bóg wie, co to jeszcze będzie!

Co się jeszcze ze mną stanie!

Te wspomnienia, śpiewające łabędzie...

Co to jest? W brudnym żupanie

Mój mąż... w błocie cały, bez szabli?

- 1. e4 e5 2. Sf3 Sc6 3. Gc4 Sf6 4. Sg5 d5 - ni z Tąd ni z Owąd wykrzyknął jedyny pozostały w mieszkaniu gągor.

- Co? - zdziwił się ignorant Spinthaall.

- Gambit hetmański, Bronstein-Botwinnik, Olimpiada szachowa FIDE, Moskwa 1956 - odparł z politowaniem gąsior i zdematerializował się.

Dochtor Spinthaall zaczął zastanawiać się nad naukowym wytłumaczeniem dematerializacji gajora i wymyślił nawet całkiem zgrabną teorię. Według niej, nastąpiła tu częściowa dezintegracyjna anihilacja mezonu pi oraz piątego kwarku połączona z szybką reakcją rozpadu gamma. Teoria ta wydała się jej autorowi tak doskonała, ze postanowił ją zapisać, mając nadzieję na conajmniej Nobla, ale gdy ruszył z łopatą aby przekopać się przez zaspę do gabinetu, gdzie miał pióro i papier, poczuł energiczne szarpnięcie w ramię.

Gdy po raz chyba trzeci tego dnia Spinthaall się obudził na przysypanym śniegiem łóżku, zauważył kilku osobników ubranych w białe prześcieradła z bardzo gustownymi białymi kapturami, z wyciętymi otworami na oczy. Jeden z nich go właśnie budził. Wszyscy mieli w rękach pochodnie i błyskali złośliwie przekrwionymi białkami oczu spod kapturów.

- Ja się duchów i Znachorów nie boję - rzekł Dochtor Stanley. Na to „duchy” zaśpiewały:

My jesteśmy Ku-Klux-Ludki

Hopsa sa, hopsa sa

Pod grzybkami mamy budki

Hopsa sa, hopsa sa

I chlejemy sporo wódki

Hopsa sa, hopsa sa

- Świrów przebranych hopsa sa za członków Ku-Klux-Klanu też się nie boję - postawił się bohater.

- A właśnie, że się boisz! - odparły Ku-Klux-Ludki.

- A właśnie, że nie, hopsa sa, hopsa sa - ostatnie hopsa sa wyszło jednak Spinthallowi niezbyt pewnie, gdyż jeden z przybyszów wyciągnął zza pazuchy kawał mocnego wlazł kotek na płotek sznurka, zarzucił jeden jego koniec na podsufitowy hak ubojowy, na drugim zaś zawiązał zgrabna pętelkę. W tym czasie drugi z przebierańców wślizgnął przez dziurę w ścianie bryłę lodu i ustawił ją dokładnie pod zaimprowizowaną szubienicą.

- Panowie, o co chodzi? - zapytał zdziwiony Spinthaall, jednak nie na wiele się to zdało, gdyż wziąwszy go pod ramiona i związawszy mu ręce powrósłem, dwaj przybysze delikatnie aczkolwiek stanowczo zatachali go jak worek kartofli pod zwis z pętlą, postawili na bryle lodu i zarzucili stryczek na szyję.

- Za ukrywanie zbiegłego, zdematerializowanego Gajora, skazujemy cię Śmieciu Spinthaallu na śmierć przez powieszenie na haku ubojowym, jak paciuka - powiedział największy Ku-Klux-Ludek, a następnie na jego komendę wszystkie pozostałe ludki jęły chuchać w bryłę lodu mając za cel jej roztopienie i pozbawienie skazańca lodu pod nogami, by mógł ładnie zadyndać.

- A ja wam nie wierzę - histerycznie zaśmiał się Spinthaall - Wy mi się wszyscy śnicie, ha, i mam was w głębokim poważaniu. Przywołajcie moich Znachorów, koniecznie szarlatanów wędrujących, dadzą mi mohoryczu i maści z sadła skunksa, a zaraz ten koszmarny sen minie.

Znachorzy i szarlatani:Ty, panie, bez duszy!. Teraz zły Dochtor Spinthaall sam musi cierpieć taki sam głód i chłód jak my przez całe życie.

Jednak sen był nad wyraz realny. Bryła lodu poczęła się zmniejszać i zmniejszać, kurczyć i kurczyć, topić się i spływać brudną wodą. Jak ludki przewidziały, nastąpił ten dramatyczny moment, gdy Spinthaal stracił lód pod nogami i zadyndał, następnie zaś wykrzywiwszy twarz w grymasie bólu, wytrzeszczywszy gały, tak że mało z orbit nie wypadły, gębę rozdziawiwszy i wszystkie trzy zęby pokazawszy w potępieńczym uśmiechu, pięści zacisnąwszy i więzy rozerwawszy, nogami zaś bryknąwszy i śwignąwszy, wyprężył ciało w agonalnym spazmie, a duszyczka jego uleciała by połączyć się z Wielkim Duchem Rączego Jelenia.

Dopiero w Krainie Wiecznych Łowów Dochtor Stanley S. dowiedział się, że takie niewiarygodne opisy rzeczywistości, wychodziły także spod jego pióra.

0 komentarze:

Prześlij komentarz