Wielki Mistrz i Małgorzata
Sztuka częściowo wzorowana na twórczości literackiej Dochtora Spinthalla
Osoby:
MISTRZ REMIGIAN - Wielki Mistrz zakonu Sadystyków. Nosi za ciasne spodnie i chyba z tego powodu co chwilę drapie się niczym Michael Jackson na teledysku „Black or White”. Głowa ufryzowana na wzór Rumcajsa.
MAŁGORZATA JAKJEJTAM - ma alergię na wszystko, a zwłaszcza na mydło i papier toaletowy, co skutkuje specyficznym zapachem unoszącym się w promieniu dziesięciu metrów.
WICKO Z TROŚCIAŃCA - amator Małgorzaty. Przez dwanaście miesięcy w roku cierpi na katar sienny i dlatego bez przerwy pociąga nosem.
WAWRZYK Z TROŚCIAŃCA - stryj Wicka. Łatwo wpada w gniew, a wtedy bierze w dłoń jakiś drewniany przedmiot i ściska go tak mocno, aż puści sok. Podkowy łamie dwoma palcami, a żelazne łańcuchy przegryza.
DZIURAND – potomek Juranda z Sycowa, kierowca spychacza, a prywatnie ojciec Małgorzaty. Sepleni, co nie powinno dziwić, gdyż brakuje mu większości przednich zębów, podobnie jak większości klepek.
NOCNY JASTRZĄB - agent STASI, mówi szyfrem.
BŁAZEN DMYTRO - pieszczotliwie zwany „dochorkiem”. Dżinsy, trampki, rozciągnięty sweter, zapocone okulary, łysa pała i przetłuszczony wąsik. Opowiada niecenzuralne dowcipy.
BAGIENKA - metr dziewięćdziesiąt wzrostu, sto pięćdziesiąt kilo żywej wagi, gdy położy orzech na krześle i na nim usiądzie, to rozłupuje się nie tylko orzech, ale i krzesło.
KUBA ROZPLUWACZ - facet ze ślinotokiem, główny kucharz zamkowy.
AKT I
Scena I
Akcja dzieje się na rynku Olejowa kilka miesięcy przed wybuchem wojny polsko-kozackiej, która swego czasu zaowocowała bitwą pod Beresteczkiem. Słońce świeci, ptaszki ćwierkają, a koło sklepu Chaskla spaceruje Małgorzata. Gawiedź olejowska zwietrzywszy ją odsuwa się na bezpieczną odległość. Jednak jest osoba, która nie postępuje tak, jak wszyscy. Wicko z Trościańca posuwa się tropem Małgorzaty wodząc za nią smętnym wzrokiem i na przemian wzdychając i pociągając nosem. Nagle bohaterce wypada z kieszeni mocno zużyta chusteczka do nosa. WIcko tak szybko jak może dopada jej, podnosi z ziemi i wręcza Małgorzacie.
WICKO: Czy ta oto chusteczka należy do waćpanny?
MAŁGORZATA: Moja ci ona!
WICKO: Azaliż waćpanna jest rzeczywiście tak piękna jako ją widzą me oczy, czy to jeno moja imaginacyja płata figle?
MAŁGORZATA: Spadaj koleś bo nie mam czasu!
WICKO: A ja mam całą wieczność! Każda chwila rozmowy z waćpanną jest dla mnie godziną, ba… tygodniem. (do siebie) Cholera, chyba coś mi się poplątało. Zaraz, jak to było? (głośno) Przepraszam. Każdy tydzień rozmowy z panią jest dla mnie… Kurczę! Każda wiorsta jest jeno piędzią, ba… łokciem!
MAŁGORZATA: Głupi, czy ze straży niejskiej? A może poseł?
WICKO: Jaka waćpanna jest inteligentna! I zainteresowania polityczne! Waćpanna mi imponujesz!
Małgorzata nie mogąc znieść wywnętrzeń zakochanego debila stosuje stary, wypróbowany sposób. Podpatrzonym na „Wejściu smoka” ciosem powala na ziemię amatora swych (wątpliwych) wdzięków, kopie go w skroń podkutym obcasikiem a następnie za pomocą zręcznie zdjętej podwiązki krępuje ręce i oddala się w nieznanym kierunku. Wicko szepcze tylko „wspaniała dziewczyna” i traci przytomność.
Drogi Czytelniku. Zapewne wielokrotnie słyszałeś, że miłość jest ślepa. Nie daj się zwieść pozorom, nic bardziej fałszywego. Miłość ślepa nie jest, lecz cierpi na inną przypadłość, jaką jest katar sienny. A obecnie również na pęknięcie wątroby i wyszczerbienie czaszki podkutym obcasem. Jeśli zaś źle pójdzie, (nie chcę siać paniki, ale średniowieczna higiena nie była na zbyt wysokim poziomie) to również tężec lub gangrenę. Ale bądźmy dobrej myśli. Główni bohaterowie sztuk teatralnych bardzo rzadko giną z tak banalnych powodów, pozostawiając swój koniec gestii trucizny, miecza czy też kuli.
Scena II
Akcja tej sceny dzieje się w Bzowicy, w drewnianej chacie należącej do Wicka i jego stryja Wawrzyka. Wicko leży w łożu i cierpi. Wawrzyk warzy sadło niedźwiedzie z upolowanego gołymi rękami misia, a Bagienka zszywa Wickowi pękniętą wątrobę.
WICKO: Ach, jakże ja cierpię srogie boleści! A powiadano mi wielokrotnie, że miłość bywa bolesna!
BAGIENKA: Zachciało ci się amorów z inną, to teraz cierp.
WICKO: Czyżbyś była zazdrosna? Aaaaaa! Przyszyłaś mi kawał wątroby do żołądka!
BAGIENKA: To tylko fastryga, zaraz ją wypruję i zszyję cię moim patentowym ściegiem.
WICKO: Aaaa! Masz tępą igłę! To boli!
WAWRZYK: Masz Wicku, pociągnij se niedźwiedziego sadła z gąsiorka. To ci dobrze zrobi.
WICKO: (pociąga) Uh! Dobre! Ale to chyba nie sadło, ale mohorycz, któryśmy pędzili w zeszłym tygodniu.
WAWRZYK: (również pociąga) Rzeczywiście. Musiałem pomylić gąsiorki. Spróbuj z tego.
WICKO: Nie trzeba, już czuję się lepiej. Aaaa! (do Bagienki) Nie po śledzionie!
BAGIENKA: Siedź cicho, bo ci połączę płuca z odbytem i będziesz cienko piszczał.
Wtem do chaty wpada Nocny Jastrząb. Rozgląda się uważnie po pokoju, zagląda do każdego kąta oraz pod łoże Zbycha, po czym mówi:
NOCNY JASTRZĄB: Dwa grzyby w barszcz, a nożyce się odezwą.
WICKO: Cholera! Baba z wozu, to ponieśli i wilka.
NOCNY JASTRZĄB: Kto rano wstaje, ten sam w nie wpada. (po czym jeszcze raz rozglądnąwszy się dookoła ulatnia się jak kamfora)
WAWRZYK: Co on powiedział?
WICKO: Że Wielki Mistrz zakonu Sadystyków porwał Małgorzatę. Co ja biedny teraz pocznę? Muszę ją ratować!
BAGIENKA: Poczekaj tylko, aż zaszyję ci brzuch. Nie pójdziesz między ludzi z bebechami na wierzchu.
Drogi Czytelniku. W komentarzu do poprzedniej sceny chyba nie miałem racji. Z rozwoju akcji można wysnuć wniosek, że miłość rzeczywiście jest ślepa, a na dodatek cierpi na amnezję i brak instynktu samozachowawczego. Ale cóż możemy na to poradzić? Nie zatrzymamy przecież Wicka siłą w Bzowicy, bo nie wybaczyłby nam tego do końca życia. Bo jak wytłumaczyć ćmie, by nie zbliżała się do świecy, a dziecku by trzymało się z dala od zapałek?
Scena III
Tym razem przenosimy się do zamku Sadystyków w Beremowcach. Wielki Mistrz siedzi w fotelu i drzemie, lecz jego sen zostaje szybko przerwany przez strażników wprowadzających Małgorzatę. Mistrz budzi się, każe strażnikom wyjść, a następnie odzywa się w te słowa:
MISTRZ: Wieści o urodzie i wdzięku waćpanny dochodziły tutaj aż z dalekiego Olejowa, nie mogłem więc powstrzymać się, by zobaczyć waćpannę na własne oczy. Niech pani wybaczy mi niecodzienny sposób w jaki zaprosiłem ją do swego zamku i czuje się jak honorowy gość. Oczywiście nie będę trzymał pani siłą i jeśli waćpanna tylko zapragniesz, dostaniesz powóz i moi ludzie odwiozą cię do domu.
MAŁGORZATA: Wcale się nie gniewam, tym bardziej, że wieści o potędze i sile waćpana dochodziły aż do Olejowa.
MISTRZ: Nie masz w tym nic przesady. Ale widzę, że waćpanna jesteś nie tylko piękna, ale i inteligentna.
MAŁGORZATA: Wrodzona skromność każe mi zaprzeczyć.
MISTRZ: Coraz bardziej mi się waćpanna podoba. Pani lico jest równie kształtne jak symbol odchylenia standardowego.
MAŁGORZATA: A kształt pańskiego umięśnionego torsu jest równie doskonały jak krzywa kosztu krańcowego dla pseudofunkcji Diraca, lub produkcyjności Cobb-Douglassa.
MISTRZ: Pani pierś przypomina mi wykres krzywej gęstości rozkładu normalnego standaryzowanego.
MAŁGORZATA: A pańskie kruczoczarne włosy są równie wspaniale pofalowane jak izokwanty dla dóbr niedoskonale substytucyjnych.
MISTRZ: Kocham panią jak regresję liniową drugiego rodzaju zmiennej X względem zmiennej Y!
MAŁGORZATA: A ja pana jak prawo malejącej produkcyjności marginalnej!
MISTRZ: Jak teorię estymacji z wykorzystaniem rozkładu chi-kwadrat!
MAŁGORZATA: Jak punkt przecięcia prostej balansowej z krzywą obojętności!
Bohaterowie zaczynają się całkować, a następnie robią sobie analizę harmoniczną i obliczają stosunek pochodnych kierunkowych. Czytelników zainteresowanych pikantnymi szczegółami odsyłam do „Analizy matematycznej w zadaniach” Krysickiego i Włodarskiego, tom 1 i 2.
Drogi Czytelniku. Powiesz teraz zapewne, że miłość od pierwszego wejrzenia zdarza się tylko w tanich romansach, i że nie będziesz czytał takich bzdur. Odpowiadam Ci więc: po pierwsze, nie tylko w romansidłach, ale również w genialnym dramacie zatytułowanym „Wielki Mistrz i Małgorzata”; po drugie zaś nikt nie każe Ci tego czytać. To nie szkolna lektura. Jeśli zaś, drogi Czytelniku, narzekasz iż nie rozumiesz wyrafinowanego słownictwa, którym posługują się bohaterowie, spieszę Ci z odpowiedzią, że nie musisz. Autor też nie rozumie. Wystarczy, że oni rozumieją się doskonale.
AKT II
Scena I
Pod zamek Sadystyków zajeżdża swym służbowym spychaczem ojciec Małgorzaty - Dziurand i zatrzymawszy się przed bramą woła nieco sepleniąc w stronę okienka wartownika:
DZIURAND: Ooothoosce bhamee suukinhyny!
Nie doczekawszy się jednak reakcji rusza spychaczem i rozwala za jego pomocą bramę, a następnie wjeżdża na dziedziniec i zatrzymuje się przed wewnętrznymi wrotami prowadzącymi wprost do zamku.
DZIURAND: Ooootheerajtse whota wy satystycne ssfiiiiinie!
Tutaj również nie doczekał się odzewu ze strony Sadystyków. I znów uruchomił swą wspaniałą maszynę i po staranowaniu kolejnych wierzei wjechał do zamku. Po tej akcji został otoczony przez tłumek rycerzy-zakonników, którzy padli przed nim na kolana.
SADYSTYCY: Szlachetny Dziurandzie, powiedz czego chcesz, a tylko nie demoluj naszego zamku! Czy chcesz, abyśmy oddali ci twą córkę?
DZIURAND: Moohetse jom sse zathymatss. Mam s niom tylko kupe kłopotuuuf. Ale ff ssamian sapłatssste mi tyssssionts dukatufff, bo inatsej rosfale te bude
SADYSTYCY: Wstrzymaj swą furię szlachetny Dziurandzie, pójdziemy tylko porozmawiać z Wielkim Mistrzem. Tysiąc dukatów to duża kwota i nie możemy tak sami decydować.
DZIURAND: Tyyylko see pospiestse.
O ironio losu! Sadystycy jednak nie musieli się spieszyć, gdyż z nadwerężonego akcją spychacza sufitu oderwała się ciężka, dębowa belka stropowa i wylądowała wprost na głowie Dziuranda, który nieostrożnie wychylił się z kabiny swego spychacza. Rycerze szybko go dopadli, związali i ocucili.
SADYSTYCY: No i co? Raz na wozie, raz pod świecznikiem!
SADYSTYK 1: Co mu zrobimy? Czy obetniemy mu język, jak to zazwyczaj czynimy naszym gościom?
SADYSTYK 2: Po co? I tak nie można zrozumieć co mówi. Może lepiej obetniemy mu prawą dłoń?
SADYSTYK 1: Nie da rady. Zygfryd złamał wczoraj obuch od jedynego toporka, a nie chce mi się go na nowo osadzać. Lepiej go oślepmy.
SADYSTYK 2: Cholerka. To jest wysoce nieestetyczne. A poza tym, musielibyśmy go wtedy odprowadzić do domu, bo sam nie trafi. Ogłuszmy go.
SADYSTYK 1: Przecież już jest ogłuszony przez belkę powały. Lepiej każmy mu zemleć kaszę na żarnach.
SADYSTYCY: Genialny pomysł! (wcielają ideę w życie)
Drogi Czytelniku! Zapewne pięści zaciskają Ci się teraz w bezsilnym gniewie spowodowanym okrucieństwem Sadystyków (nie na darmo noszą oni to dumne miano) oraz upokorzeniem, którego doznał dzielny Dziurand. Przypuszczalnie chciałbyś teraz wskoczyć w karty dramatu i pomóc bohaterowi w ucieczce, lub nawet nie szczędząc własnej krwi i potu oswobodzić go własnoręcznie. Czujesz, jak poziom adrenaliny podnosi się w twojej krwi, jak twe serce przyspiesza swój rytm, jak twe mięśnie tężeją a ścięgna się napinają, jak… Ale co tu pisać. Ty sam wiesz najlepiej, co czujesz w tej tragicznej chwili.
Scena II
Tym razem pod zamek Sadystyków dotarł dzielny Wicko. Podróż nieco się przeciągnęła, gdyż jedną ręką trzymał cugle swego cisawego konika, a drugą przytrzymywał kawał jelita grubego, który wyszedł mu na wierzch przez jamę brzuszną rozciętą w celu zszycia wątroby (patentowy szew Bagienki nie był jednak tak mocny jak być powinien i brzuch Wicka powoli się pruł). Mimo tych drobnych kłopotów Wicek dotarł do celu, skonfudował się jednak zniszczeniami dokonanymi przez spychacz Dziuranda. Ominął kupę gruzu, która znajdowała się w miejscu głównej bramy, zsiadł z konika, przeszedł przez dziedziniec oraz rozwalone wrota zamku i rozejrzał się nie dowierzając.
WICKO: Przepraszam, czy to zamek Wielkiego Mistrza Sadystyków?
SADYSTYK: Tak, a bo co?
WICKO: Czy macie tu remont?
SADYSTYK: Raczej rozbiórkę. A co cię tu sprowadza?
WICKO: Przepraszam, czy zastałem Małgorzatę? (zapytał zawadiacko przerzucając sobie kiszkę przez ramię).
SADYSTYK: A kto się pyta?
WICKO: Ja!
SADYSTYK: Aha. (Wydziera się w stronę schodów) Gośka! Jakiś Ja z kiszką na ramieniu do ciebie!
MAŁGORZATA: Zaraz schodzę! (schodzi i na widok Wicka mówi) Ach, to ty!
SADYSTYK: (zdezorientowany) A ja myślałem, że to Ja.
MAŁGORZATA: To źle myślałeś. To nie ty.
SADYSTYK: To ja już nic nie rozumiem.
Wtem w sieni zamku pojawia się Nocny Jastrząb i rozglądnąwszy się oraz zlustrowawszy leżący na posadzce żyrandol odzywa się w te słowa:
NOCNY JASTRZĄB: Ryba psuje się od powały.
WICKO: Nie ma ryby bez dymu.
NOCNY JASTRZĄB: Nie czas żałować ryb, kiedy płoną lasy (po czym się ulatnia pozostawiając po sobie ledwo widoczny dymek).
MAŁGORZATA: Co on powiedział?
WICKO: Że Pikling i Sztokfisz są już w marynacie.
MAŁGORZATA: Aha. Ale co ty tu robisz?
DMYTRO: Przyszedłem cię oswobodzić z jarzma ucisku przebrzydłego jak mu tam…
MAŁGORZATA: Os- co?
WICKO: Oswobodzić, uwolnić, znieść ucisk, wyzwolić, zaprowadzić równość wszystkich stanów, wolność, równość, braterstwo, jedność, demokracja, kwiaty we włosach…
MAŁGORZATA: Kwiaty w czym?
DMYTRO: We włosach, owłosieniu, kudłach, zaroście, fryzurze, kędziorach, kłakach, strąkach, dreadach, warkoczykach, kitkach, kucykach, loczkach, falkach, kosmykach, treskach, tupecikach i perukach.
MAŁGORZATA: Ale to romantyczne. Ale dlaczego masz wątrobiankę na ramieniu?
WICKO: Ty głupia krowo! To mój końcowy odcinek jelita grubego.
W tym momencie zgromadzeni usłyszeli podejrzany bulgot. Dochodził on w wnętrzności (a może raczej wierzchności) Wicka, któremu na skutek nadmiernej fermentacji niedźwiedziego sadła zmieszanego z mohoryczem rozpoczynało się rozwolnienie.
WICKO: Pierdu, pierdu, pierdu.
Na skutek wymieszania gazów wytworzonych przez Zbycha z aromatem Małgorzaty powstał gaz rozweselający, który wykurzył Mistrza z gabinetu.
MISTRZ: Co tu tak, ha ha, paskudnie śmierdzi, hi hi?
MAŁGORZATA i WICKO: To my, ha ha, hi hi!
MISTRZ: Aha, ha ha, hi hi.
WICKO: Przyszedłem, ha ha, uwolnić tę piękną białogłowę, hi hi.
MAŁGORZATA: Ach, jakie to romantyczne, ha ha, hi hi.
MISTRZ: Nic z tego, ha ha (do strażników) Zabrać ich do mielenia hreczki, hi hi!
MAŁGORZATA: Ach, jakie to sadystyczne, ha ha, hi hi.
WICKO: Nigdzie nie pójdę, ha ha, hi hi.
MAŁGORZATA: Ach, jakie to odważne, ha ha, hi hi. (zarzuca Wickowi zużytą chusteczkę do nosa na głowę i wydziera się) Mój ci on jest! Mój!
W tej chwili, ha ha, hi hi, wkraczają strażnicy i wszyscy śpiewając na melodię walca „Nad pięknym modrym Dunajem” słowa „ha ha ha ha ha, hi hi, hi hi…” oddalają się w pląsach w stronę kuchni.
Drogi Czytelniku. Miałeś właśnie okazję przekonać się, że kobieta rzeczywiście zmienną jest. Ale to jeszcze nic, o zmienności płci pięknej (w wypadku Małgorzaty umownie zwanej piękną) podczas lektury tego dzieła przekonasz się jeszcze wielokrotnie.
AKT III
Scena I
Znajdujemy się obecnie w zamkowej kuchni, gdzie Wicko oraz Dziurand przykuci grubymi łańcuchami do kotła mielą na żarnach hreczkę, a Małgorzata miesza zupkę wielką chochlą. Kuba Rozpluwacz ubrany w biały fartuch i wielką czapę kucharską pilnuje ich, aby nie podjadali i nie pluli do zupy. Błazen Dmytro, który ostatnio stracił łaskę Wielkiego Mistrza siedzi w kącie i skrobie marchewkę.
MAŁGORZATA: Ach, marny nasz los, cóż my biedni poczniemy w tej obskurnej, niehigienicznej kuchni? Azaliż mamy tu pozostać do końca naszego nędznego żywota?
WICKO: Nie płacz ukochana, jakoś się stąd wydostaniemy.
MAŁGORZATA: Ale jeśli wpadnie tu kontrola Sanepidu, to leżymy. Przed chwilą zauważyłam zdechłego szczura, a pluskiew, które odurzone aromatem zupy spadają z sufitu wprost do kotła, nawet nie liczę.
KUBA ROZPLUWACZ: Tfu! Nie gadać mi tutaj, bo dostaniecie po łbach moim tasaczkiem.
BŁAZEN DMYTRO: Nie gadaj głupot, Kuba. Dobrze wiesz, że twój słynny tasaczek jest przeżarty rdzą na wylot, a od ostatniego ostrzenia minęło już ho ho…
KUBA ROZPLUWACZ: Tfu! (pluje do zupy) A co mam zrobić? Fundusze na zakup sprzętu kuchennego skończyły się dwanaście lat temu i od tego czasu jesteśmy na deficycie, tfu! Chyba trzeba będzie zacząć emitować obligacje kuchenne, albo zaciągnąć zagraniczną pożyczkę, tfu! A oprócz tego siedź cicho, bo zadenuncjuję cię Wielkiemu Mistrzowi i wylecisz z kuchni do czyszczenia butów, tfu! (znów pluje do zupy)
BŁAZEN DMYTRO: Mógłbyś nie pluć do zupy? To niehigieniczne.
KUBA ROZPLUWACZ: A co ci to przeszkadza? Tfu! W kotle panuje temperatura ponad stu stopni Celsjusza, w której wszystkie bakterie kopią w kalendarz. Będę więc pluł ile mi się podoba, zupa zyska tylko na aromacie. Tfu! Tfu! Tfu! (wylewa potoki żółtej śliny do zupy, po czym ulatnia się z kuchni)
Wicko zanadto zbliżył się do kotła, a jelito nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności zsunęło mu się z ramienia i wylądowało w kotle z zupą.
WICKO: Cholera! Co ja teraz zrobię bez jelita grubego? Chyba będę musiał odżywiać się przez kroplówkę!
MAŁGORZATA: Nie panikuj. Zrobimy ci przeszczep z ubitego niedźwiedzia. I nikomu o tym nie mów, bo Wielki Mistrz się wścieknie i obliczy nam regresję!
WICKO: (zamarł ze zgrozy) Musimy coś zrobić! Nie możemy tak tego zostawić. Pozbądźmy się Mistrza i wydostańmy się stąd!
DZIURAND: Aleeee yaaaak to zhoobimyy?
BŁAZEN DMYTRO: Po pierwsze, nie gadajcie tak głośno, bo słyszą was w całym zamku. Gdybym był kapusiem, już byłoby po was. Ale macie szczęście!
MAŁGORZATA: A może przyłączy się waćpan do naszego haniebnego spisku? Skrobanie marchewki lub czyszczenie butów dziegciem nie jest oszałamiającą karierą dla kogoś tak utalentowanego jak pan.
BŁAZEN DMYTRO: Bardzo chętnie. Musisz waćpanna wiedzieć, iż byłem ulubionym błaznem Wielkiego Mistrza, ale popadłem w niełaskę.
MAŁGORZATA: A z jakiego powodu, jeśli można wiedzieć?
BŁAZEN DMYTRO: Opowiedziałem podczas uczty zbyt dosadny dowcip na jego temat.
MAŁGORZATA: Może go pan nam opowiedzieć? Prosimy…
BŁAZEN DMYTRO: No dobrze. A więc, pewnego dnia Wielki Mistrz jechał tramwajem. Skasował bilet i usiadł, a wtedy do kasownika podeszła taka ładna lala, wysoka blondynka, niebieskie oczy, wszystko tam gdzie trzeba i biiiiii biiiiii biiiii biiiii.
MAŁGORZATA: Ha ha! Ale wspaniały dowcip, i jak go pan wspaniale opowiadał… Kocham pana!
Drogi Czytelniku. Jeśli nie zrozumiałeś dowcipu opowiedzianego przez Błazna Dmytra, to nie martw się. Z twoją inteligencją jest wszystko w porządku, a wyrazy „biiiii” po prostu zastępują te słowa, które do druku w żaden sposób się nie nadawały.
BŁAZEN DMYTRO: Ja też zakochałem się w pani od pierwszego wejrzenia! Ucieknijmy razem!
WICKO: Hola! Nie tak szybko! Po pierwsze to ja kocham Małgorzatę, a po drugie uciekamy albo wszyscy razem, albo nikt!
BŁAZEN DMYTRO: Jakim prawem śmie pan zwracać się do mnie i tej szlachetnej białogłowy w taki sposób?
ZDZICHO: Ty bezczelny typie! (rzuca rękawicą) Wyzywam cię na pojedynek!
BŁAZEN DMYTRO: Jak śmiesz? To ja cię wyzywam. Możesz wybrać rodzaj broni!
WICKO: Niech będzie. (wzniośle i dumnie) Wybieram głupie kawały.
Drogi Czytelniku. Zapewne zamarłeś teraz ze zgrozy podobnie jak wszystkie persony zgromadzone w zamkowej kuchni. Musisz się jednak przyzwyczajać do takich niespodzianek. Wiadomo przecież iż wieki średnie obfitowały w podobne pojedynki prowadzone nawet za pomocą (choć trudno to sobie wyobrazić) jeszcze straszniejszych i krwawszych narzędzi.
Scena II
Nadal znajdujemy się w zamkowej kuchni. Na środku Wicko i Błazen Dmytro gotują się do pojedynku. Dziurand i Małgorzata siedzą skuleni w kącie mając cichą nadzieję, że nie dostanie się im przypadkiem rykoszetem. Nie powinieneś im się dziwić drogi Czytelniku. W podobnej sytuacji na pewno zachowałbyś się tak samo.
BŁAZEN DMYTRO: Ty nędzny psie!
WICKO: Ty zawszony kundlu!
BŁAZEN DMYTRO: Ty wszawy pchlarzu!
WICKO: Ty pchlawy wszarzu!
Drogi Czytelniku. Zapewne oburzony jesteś tymi mrożącymi krew w żyłach obelgami, którymi obrzucają się teraz bohaterowie. Twierdzisz prawdopodobnie, iż nie nadają się one do druku, podobnie jak większa część kawału opowiedzianego przez Dmytra w poprzedniej scenie. Jesteś jednak w błędzie. O ile w średniowieczu nie istniała potwierdzona tradycja opowiadania zbereźnych dowcipów, to zwyczaj obrzucania się obelgami przed pojedynkiem występował, i jest to potwierdzone przez źródła historyczne. Tak więc autor (to Ja!) doszedł do wniosku, że należy przytoczyć ten przeraźliwy dialog, abyś ty, drogi Czytelniku, mógł lepiej wczuć się w średniowieczne realia.
BŁAZEN DMYTRO: Zaraz cię dopadnę!
WICKO: Nie, to ja cię dopadnę!
I tutaj rozpoczyna się mrożący krew w żyłach pojedynek. Rozpoczął go Błazen, który szybko i prawie niezauważenie podstawił nogę Wickowi, który natychmiast wyłożył się jak długi. Salwa śmiechu, która potem nastąpiła była słyszana w promieniu pięciu wiorst. Ale rycerz z Trościańca skontratakował za pomocą pierdzącej poduszki, którą zręcznie podłożył swemu oponentowi między siedzenie i zydel, gdy ten chciał na chwilę odpocząć. To tak rozwścieczyło Błazna, że rzucił się on na Wicka, zdjął mu buty i za pomocą gęsiego pióra zaczął go łaskotać w pięty. Ten jednak zdołał uwolnić się, zwinnie schował się do szafy i kiedy Błazen przechodził obok wyskoczył z niej krzycząc „niespodzianka!” i rechocząc na całe gardło. Tego już było za dużo dla nadwornego błazna. Nie mogąc znieść takiego okrucieństwa rzucił się na kolana i krzyknął:
BŁAZEN DMYTRO: Litości! Poddaję się! Zrobię wszystko co zechcesz!
WICKO: No dobrze, wybaczam ci nędzniku. Ale od dzisiaj pamiętaj - ja tutaj jestem szefem!
MAŁGORZATA: Wicku! Jakiś ty męski i odważny! Kocham cię!
Drogi Czytelniku. Uprzedzałem cię o zmienności płci pięknej, więc nie powinieneś chyba być zaskoczony kolejnym zwrotem uczuć Małgorzaty. Jest ona niewątpliwie kobietą, a słowa „la donna e’mobile” stosują się do niej o wiele bardziej niż do jakiejkolwiek innej osoby.
Scena III
Akcja sceny III niniejszego dramatu odbywa się w komnacie Wielkiego Mistrza. Małgorzata przynosi Wielkiemu Mistrzowi wazę przyrządzonej w kuchni grochówki.
MISTRZ: Witaj Małgorzato. Czy pobyt w kuchni odmienił twe uczucia?
MAŁGORZATA: Witaj Mistrzu. Dopiero pośród pluskiew i i grochowiny zrozumiałam jak wielką miłością darzę waćpana. Specjalnie dla pana zgotowałam tę pyszną grochówkę.
MISTRZ: Ach, dziękuję ci. Zaraz przystąpię do konsumpcji, bom zgłodniał okrutnie, a potem opowiem o uczuciach, jakimi darzę waćpannę, bo żyć mi bez pani nie sposób.
MAŁGORZATA: I ja powiem jak kocham, szanuję i uwielbiam waćpana. Ale najpierw zupka.
Tutaj Małgorzata sięga wielką chochlą do wazy z grochówką i nalewa Mistrzowi pełen talerz. Mistrz je z apetytem dopóki nie udławi się kawałkiem jelita grubego który za sprawą Wicka znalazł się w zupie.
MISTRZ: Wątrobianka w gro… Yyyyyyyyy (dławi się i umiera w konwulsjach)
Małgorzata podparła się w boki, stanęła ciężkim bucikiem na piersiach Mistrza i zaśpiewała na melodię arii Torreadora z opery „Carmen”:
MAŁGORZATA: Zabiłam Mistrza, cóż to był za mistrz, już nie oddycha, dychu, dychu, dych!
Drogi Czytelniku. Kobiety bywają okrutne. Masz tu tego żywy przykład. Mężczyźni zaś miewają często ciężkie zaćmienie umysłu, no bo jak można zadławić się kawałkiem wątrobianki, przepraszam - jelita, znalezionym w grochówce? Trzeba być rzeczywiście kretynem…
Scena IV
Akcja dzieje się po śmierci Wielkiego Mistrza w korytarzu zamkowym. Wicko, Dmytro i Małgorzata usiłują wymknąć się z zamku. Niestety bezskutecznie, gdyż zostali zauważeni przez Sadystyków.
SADYSTYK: Hola! Co wy tu robicie? Powinniście być teraz w kuchni i mleć hreczkę
WICKO: Ty durniu! Przecież widzisz, że jaśnie pani dostała nagłego ataku influenzy hreczkosiewnej i prowadzimy ją do znachora!
Małgorzata zaczyna wić się z bólu i jęczeć.
SADYSTYK: Jakoś nigdym nie słyszał o takowej chorobie. Czym ona się objawia?
WICKO: Pod wpływem mielenia hreczki zaczyna nagle boleć głowa (Małgorzata łapie się za głowę), następnie pojawia się swędząca wysypka na całym ciele (Małgorzata zaczyna się drapać), niestrawność (Małgorzata beka) i plącze się język (Małgorzata zaczyna bełkotać pod nosem niezrozumiałe sylaby).
SADYSTYK: (z przestrachem) Czy to jest zaraźliwe?
WICKO: Cholernie, ale proszę się nie obawiać. Po pół roku choroba sama mija, ale wtedy na ogół pacjent już nie żyje.
Przerażony Sadystyk ucieka gdzie pieprz rośnie. Trójka bohaterów próbuje wymknąć się z zamku, ale drogę zagradza im Duch Wielkiego Mistrza trzymający w dłoni groźnie wyglądającą krzywą regresji progresywnej.
DUCH WIELKIEGO MISTRZA: A dokąd to moi państwo? Czy chcecie abym wam obliczył trzeci kwartyl, a może rozkład Poissona aproksymowany rozkładem normalnym?
WSZYSCY: O cholera!
DUCH WIELKIEGO MISTRZA: A może jednak? Serdecznie nalegam.
Wtem do zamku przez bramę rozwaloną przez Dziuranda wpadają Wawrzyk z Trościańca wraz z Bagienką i łapią ducha gołymi rękami. Najpierw chwyta go za łeb (o ile duchy mają łby) i wyciska z niego sok, a następnie Bagienka kładzie ducha na zydlu i siada na nim, co skutkuje zarwaniem się podłogi i chwilowym wpadnięciem dziewczyny do lochów. Wylewnym powitaniom nie ma końca.
WACKO: Mój bratanku!
WICKO: Mój stryju! Przedstawiam ci moją narzeczoną Małgorzatę! Zaraz po przybyciu do Trościańca weźmiemy ślub.
WAWRZYK: Moje dzieci! (bierze parę w objęcia, jednak zwietrzywszy Małgorzatę zatyka nos i odsuwa się na bezpieczną odległość)
Po tej rzewnej scenie bohaterowie podkładają ogień w prochowni, ulatniają się z zamku i ze wzruszeniem przypatrują się jak wszystko wylatuje w powietrze, następnie zaś udają się do Trościańca na weselisko.
Drogi Czytelniku. Zapewne ucieszony pomyślnym rozwojem akcji chcesz już odłożyć ten genialny dramat na półkę z przeczytanymi książkami. Wstrzymaj się jednak jeszcze przez chwilę. To jeszcze nie koniec…
Epilog
Wszyscy bohaterowie zgromadzeni są w kościele. Dziurand ma właśnie wziąć pod rękę swą córkę Małgorzatę i zaprowadzić ją przed ołtarz do narzeczonego. Wtedy zapada konsternacja.
WAWRZYK: Gdzie jest Dziurand?
MAŁGORZATA: (Głośno) Czy ktoś nie widział ostatnio Dziuranda? Ktoś przecież musi poprowadzić mnie do ołtarza!
BŁAZEN DMYTRO: Ja go widziałem ostatnio w kuchni zamkowej gdy mełł hreczkę
MAŁGORZATA: Czy ktoś widział go później?
WICKO: Wydaje mi się, że zapomnieliśmy przepiłować łańcuch, którym był przykuty do kotła z zupą, i został w zamku.
WSZYSCY: O cholera!
Drogi Czytelniku. Możesz teraz odłożyć to dzieło na półkę, albowiem wreszcie nastąpił dawno oczekiwany…
KONIEC
P.S. Autor składa serdeczne podziękowania osobom, które umyślnie lub (zwłaszcza) nieumyślnie posłużyły jako modele poszczególnych osób dramatu. Tak więc wszelkie podobieństwo do osób realnie żyjących oraz fikcyj literackich jest niezamierzone. Największe podziękowania należą się pewnej osobie, która dostarczyła autorowi dużej ilości głupich pomysłów i jeszcze głupszych tekstów, którymi można się teraz zachwycać na kartach dramatu. Oczywiście ze zrozumiałych względów personaliów tej osoby nie mogę podać do publicznej wiadomości.
0 komentarze:
Prześlij komentarz