Tragikomedyja o dziwactwach fauny prehistorycznej.
Osoby:
REMIGIAN W.ARYJAT – prehistoryk i paleontolog. Obleśny, nieogolony ryj. Cały czas trzyma łapy w kieszeniach i żuje gumę.
GENOWEFA ŁUPIA – paleobotanik . Blondyna z głupim uśmieszkiem numer 127 – niewierna narzeczona R. Aryjata. Jako pierwsza zastosowała koromysło do badań naukowych.
PROFESOR DENYS BILLSOW - zwariowany naukowiec. Podobny do Wernyhory - legendarny amerykański Kozak – potomek ukraińskich wróżbitów i znachorów.
ZWEISTEIN - matematyk. Twórca teorii uporządkowanego chaosu w przestrzeniach n – wymiarowych.
LEON KOWALSKY - informatyk. Chudy jak szczapa blondyn. Zaciąga z rumuńska.
JAŚ I MAŁGOSIA - przemiłe wnuki profesora. Tłuste buzie, głupie uśmieszki i tornistry na plecach.
ARCHEOLODZY - kilku zapaleńców. Ubrani w niebiesko-żółte kamizelki.
OCHRONIARZE - służba ochrony parku. Ubrani w watowane katany i gumofilce, na twarzach namalowane maskujące paski. Do kaszkietów przymocowane zielone gałązki czeremchy.
TUBYLCY - grupa osobników z półlitrówkami w rękach i miejscowymi, sprawdzonymi na własnych ziomkach medykamentami przeznaczonymi na sprzedaż. Powiewają kolorowymi szalikami.
A także takie sympatyczne stworzonka jak: Currara, Rogocefalus, Laktynotwór, Szczypopiór i Czworospadus.
AKT I SCENA 1
Akcja dzieje się w nieokreślonej przyszłości na terenie wykopalisk archeologicznych w prowincji polskiej, niegdyś austriackiej zwanej Königreich Galizien und Lodomerien. Archeolodzy robią babki z piasku dziecinnymi wiaderkami i łopatkami, od czasu do czasu wyrzucając z wykopalisk puszki po konserwach, stare buty i inne śmiecie.
Bohaterzy ubrani w miednice na głowach, pomarańczowe kamizelki spod których wystaje w roli ogona kawał rury od odkurzacza. Wykopaliska zwiedza wycieczka dzieci w wieku około pięciu lat. Wybałuszają gały i rozglądają się na wszystkie strony. R.. Aryjat i G. Łupia stoją nad spreparowanym i nieco zdekompletowanym szkieletem kury i debatują.
R. ARYJAT: Popatrz, jak pięknie zachowany okaz currary. Może pod koniec sezonu zrobimy jakąś wystawę naszych eksponatów w Muzeum Historii Naturalnej?
G. ŁUPIA: Niezły pomysł. Wyobrażam sobie jakie to zrobi wrażenie. Jeszcze nikt nie znalazł szkieletu currary zachowanego w takim stanie. Poza tym trzeba sprawdzić, jakie to miało i ewentualnie ma znaczenie dla medycyny niekonwencjonalnej.
R. ARYJAT: Wiesz co? Nie chciałbym żyć w tych strasznych czasach. Wyobraź sobie atak kilku currar na jakiegoś roślinożercę. Te krwawe jatki, potoki krwi, przedśmiertne rzężenie...
DZIECIĘ: Pse pana! A kiedy żyły currary?
R. ARYJAT: W Górnej Dziurze, to jest w okresie, który zaczął się w połowie drugiego milenium a skończył się po Wielkim Bum w pierwszym wieku trzeciego. Czyli około trzy tysiące lat temu.
DZIECIĘ: Dlaczego pan powiedział, że currary były takie niebezpieczne? Przecież ten szkielet wygląda tak niewinnie...
R. ARYJAT: (wyciąga zza pazuchy kurzą łapkę i zaczyna nią wymachiwać) Chłopcze! Popatrz na te ostre szpony currary! Ta dzika bestia wskoczyłaby ci na głowę, wczepiła tymi pazurami w skórę i we włosy. A następnie wydziobała by ci oczy ostrym dziobem. Podczas gdy ty rzucałbyś się oślepiony i bezradny, inne currary wskoczyły by ci na piersi i rozdrapały brzuch, wyciągnęły wnętrzności. A najgorsze jest to, że gdy cię będą pożerać, będziesz jeszcze żył!
DZIECIĘ: To straszne! Aha! Proszę pana. Czy w Górnej Dziurze żyli już ludzie?
R. ARYJAT: Jeszcze nie. Biegały po świecie pewne łyse małpy z gatunku Homo Impos Animi, ale prawdopodobnie nie potrafiły jeszcze mówić, nie mówiąc o rozpalaniu ognia. Poza tym, większość naukowców uważa, że poruszały się one na czterech łapach.
ARCHEOLOG: (wyciąga z wykopalisk rybie ości i trzymając za ogonek, łbem w dół, pokazuje Aryjatowi) Panie Aryjat! Znalazłem coś! Co to jest?
R. ARYJAT: Wspaniałe! Wspaniałe! To chyba jedno z tych morskich stworzeń, z których powstała ropa naftowa! To wiekopomne odkrycie! Genowefo! Chodźmy do bazy powiadomić Muzeum o tym odkryciu!
AKT I SCENA 2
Wnętrze bazy. Wystrój wnętrza przypominający kuchnię. Profesor Denys Billsow buszuje w lodówce. Wchodzą Aryjat i Łupia.
R. ARYJAT: Kim pan jest i co pan tu robi?
PROF. D. BILLSOW: Witam państwa. Nazywam się Denys Billsow i szukam mohoryczu w waszej lodówce. Musimy oblać naszą przyszłą współpracę. Dlaczego młody człowieku upodobniłeś się do mnie?
G. ŁUPIA: (pada na kolana i krzyczy z egzaltacją) Pan profesor Billsow! Od nastolatki kocham się w panu profesorze! Mam pańskie zdjęcie nad łóżkiem! Czy da mi pan autograf? Zaraz zemdleję!
PROF. D. BILLSOW: Na autografy czas przyjdzie później. Najpierw podpiszemy kontrakt. Chcę was zatrudnić w swoim parku, pod warunkiem, że R.Aryjat zmieni swój wizerunek. A po upływie kontraktu będę sponsorował prace wykopaliskowe waszego muzeum przez pięć lat.
R. ARYJAT: To wspaniałe! Ale o jakim parku pan mówi?
PROF. D. BILLSOW: Zobaczycie na miejscu. A teraz się pakujcie. Czeka mój wiertolot.
AKT I SCENA 3
Akcja dzieje się na pokładzie helikoptera Aktorzy siedzą okrakiem na ławkach i jednocześnie przechylają się w prawo lub lewo co jakiś czas. Można puścić odgłosy trzepotania wirnika. Remigian dzięki pomocy Gieni uczesał się na Irokeza, oby nie uchodzić za syna profesora Bilsowa.
PROF. D. BILLSOW: Poznajcie się. To mój przyjaciel matematyk Zweistein, a to pan Aryjat i pani Łupia.
ZWEISTEIN: Całuję rączki szanownej pani. Przybij piątkę koleś! Na jakim grasz instrumencie i w jakim występujesz zespole?
R. ARYJAT: Hmmm.., gram na cymbałach w zespole „Szli Do Wsi”.Czy to pan jest tym słynnym twórcą teorii uporządkowanego chaosu w przestrzeniach n - wymiarowych?
ZWEISTEIN: Spoko koleś. (do Genowefy, która zapatrzona maślanym wzrokiem w profesora nie zwraca na niego najmniejszej uwagi) Czy nie spotkaliśmy się kiedyś na bankiecie u prezydenta?
R. ARYJAT: Może mi pan w skrócie wyjaśnić na czym ta teoria polega?
ZWEISTEIN: No, koleś. Daj se na razie siana. Nie będę gadał na czczo. Muszę wtrząchnąć jakieś ścierwo, zalać je etanolem i wtedy może będę rozmowny. (do Genowefy) Czy nie widziałem cię mała w telewizji w reklamie podpasek Always? Poza tym grasz pewnie z tym frajerem muzykę Disco-Polo?
R. ARYJAT: Niech pan nie będzie impertynencki panie Dreistein!
ZWEISTEIN:, koleś. I nie przekręcaj mojego nazwiska, bo wpadniesz jak siekiera w szambo. Albo obudzisz się którejś niedzieli bez swych ślicznych ząbków i tego wariackiego owłosienia..
R. ARYJAT: Panie profesorze. Niech pan wyprosi tego typa za drzwi.
ZWEISTEIN: Wypraszam sobie. Znajdujemy się na wysokości dwóch tysięcy łokci i wychodzenie drzwiami może być teraz bardzo niezdrowe. (do Genowefy) Hej, laska! Wystaje ci podpaska! (żadnej reakcji) Wariatka jakaś czy co? A może głucha?
PROF. D. BILLSOW: Uwaga! Jesteśmy na miejscu!
Drogi Czytelniku. Na pewno zaciskasz teraz pięści, oburzony bezczelnymi i chamskimi manierami pana Zweisteina. Zapewne chcesz znaleźć się teraz na pokładzie śmigłowca i przyłożyć temu bezczelnemu chamowi. Opanuj jednak swoje emocje. Musisz wziąć pod uwagę trudne dzieciństwo genialnego matematyka, kompleksy, których nabawił się w szkole, gdy zostawał w kozie po lekcjach za smarowanie matematycznych wzorów na ławkach. Zrozum, że życie, a zwłaszcza dzieciństwo geniuszy nigdy nie jest usłane różami (a może powinno się mówić różoma, podobnie jak rękoma czy oczyma? Tą kwestię jednak pozostawię profesorowi Miodkowi.)
AKT II SCENA 1
Bohaterowie znajdują się w laboratorium. Pod sufitem wisi szyld z napisem "Park Dziurajski". Profesor D. Billsow oprowadza gości po laboratorium.
PROF. D. BILLSOW:
Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jakieś zwierzę mięsożerne pożera roślinożercę. Następnie za przeproszeniem strzela sobie kupkę. W odchodach tych znajdują się niestrawione komórki ciała ofiary. W sprzyjających warunkach taka kupka kamienieje a komórki ofiary zostają zakonserwowane. Możemy wtedy wyodrębnić z nich DNA. Resztę odchodów podarujemy tutejszym znachorom w celach leczniczych.
G. ŁUPIA: Na pewno po tylu tysiącach lat DNA jest niekompletne.
PROF. D. BILLSOW: Uzupełniliśmy je DNA тарганa czyli karalucha.
R. ARYJAT: Dlaczego akurat karalucha?
PROF. D. BILLSOW: Ponieważ zwierzę to żyło tysiące lat temu, współcześnie zwierzętom w Górnej Dziury. A ponieważ karaluchy przeżyły Wielkie Bum w trzecim milenium i żyją aż do dzisiaj, mamy bezproblemowy dostęp do ich materiału genetycznego. Drugi ważny czynnik, to sprawdzona przez miejscowych znachorów ich skuteczność w leczeniu przewodu pokarmowego.
Drogi Czytelniku. Oburzasz się teraz zapewne, że do odtworzenia fauny okresu Górnej Dziury użyto materiału genetycznego takiego pospolitego insekta jak karaluch. Zastanów się jednak. Dlaczego karaluch jest uważany za zwierzę gorsze od na przykład żaby czy człowieka? Przecież człowiek spadając z wysokości trzy razy większej od własnego wzrostu może sobie skręcić kark. Tymczasem karaluchy wytrzymują upadek z wysokości (jak na ich rozmiary) zaiste olbrzymich. Podobnie niewielkie promieniowanie może spowodować u człowieka chorobę popromienną i śmierć, gdy karaluchy gwiżdżą sobie na pięć razy większą radiację. Tak więc, gdy będziesz latał po kuchni z pojemnikiem Insektozolu czy Raidu w ręce, pomyśl chwilę o tych sprytnych, małych stworzeniach, które za nic w świecie nie dają się wytruć.
G. ŁUPIA: To wspaniałe, panie profesorze. (patrzy na niego z uwielbieniem) Ale co można zrobić z materiałem genetycznym?
PROF. D. BILLSOW: Możemy z niego wyhodować gotowe zwierzę. A więc aby wyhodować laktynotwora wystarczy znaleźć skamieniałą kupkę drapieżnika, który go pożarł.
R. ARYJAT: Chyba nie mówi pan poważnie? Czy macie tu zwierzęta z Górnej Dziury?
PROF. D. BILLSOW: Podejdźmy do tego inkubatora. Zaraz powinno coś się wykluć.
Podchodzą do wyłożonej sianem, drewnianej skrzynki, w której leży tuzin kurzych jaj. Nagle jedno z nich pęka i wykluwa się śliczne, żółte kurczę.
G. ŁUPIA: Jakie to śliczne! Czy mogę wziąć je na ręce?
PROF. D. BILLSOW: Proszę bardzo.
R. ARYJAT: To wspaniałe. Nie do wiary. Co to za gatunek profesorze?
PROF. D. BILLSOW: To jest pisklę currary.
R. ARYJAT: i G. ŁUPIA: (chórem) Aaaaaaa! Currara?! Ratunku!!!
PROF. D. BILLSOW: Proszę się nie obawiać, pisklęta są całkowicie niegroźne. Ale teraz zapraszam na zwiedzanie mego parku. Wasza praca będzie polegała na wydaniu opinii o nim. Chcę znać zdanie naukowców przed otwarciem parku.
AKT II SCENA 2
Tym razem bohaterowie stoją przed specjalnymi samochodzikami przystosowanymi do zwiedzania parku. Można je zrobić z dużych kartonów. W każdym znajduje się monitor komputerowy (zdezelowany ruski telewizor) oraz CD ROM (gramofon Bambino).
PROF. D. BILLSOW: Oto specjalne dżipy, w których nasi goście będą zwiedzać park. Nie wymagają one kierowcy, poruszają się po specjalnych szynach. Podczas zwiedzania parku nie wolno ich opuszczać. Zapraszam do środka. Aha! To są moje wnuczęta Jaś i Małgosia. Czy może się pani nimi zaopiekować pani Genowefo?
G. ŁUPIA: (z przesadnym zaangażowaniem) Z przyjemnością! Dla pana zrobię wszystko! Kocham pana!
R. ARYJAT: No to wsiadajmy.
JAŚ: Czy pan się nazywa Aryjat?
R. ARYJAT: A bo co?
JAŚ: To wspaniałe! Czytałem wszystkie pańskie książki. Szczególnie podobała mi się ostatnia, w której wyjaśniał pan, że łyse małpy z gatunku Homo Impos Animi nie potrafiły mówić i poruszały się na czterech łapach.
R. ARYJAT: (odchodzi na bok chcąc uwolnić się od namolnego malca)
JAŚ: Albo przedostatnia, w której wspaniale oddał pan niektóre detale budowy układu limfatycznego i krwiotwórczego Rogocefalusa Rexa, z uwzględnieniem różnic w rozmieszczeniu pachwinowych węzłów chłonnych u poszczególnych osobników, z uwzględnieniem niewielkiego, aczkolwiek istniejącego dymorfizmu płciowego i wspaniałych możliwości mimikry spowodowanych kreatywną aglutynacją melaniny i oranżu metylowego lub utlenianiem pięciowartościowych krezoli do alfa węglowodorów alifatycznych, począwszy od tych o masie cząsteczkowej przekraczającej...
R. ARYJAT: (nie mogąc znieść bezsensownego ględzenia, wyciąga z kieszeni mocno zużytą chusteczkę do nosa, pakuje dzieciakowi w rozdziawioną gębę i przewiązuje mocno krawatem. Tak zakneblowanego dzieciaka wrzuca jak worek kartofli do dżipa.)
JAŚ: (poprzez knebel) Bleblebleblebleblebleeeee....
GŁOS Z GŁOŚNIKA: Prosimy o zajęcie miejsc. Za chwilę odjeżdżamy.
AKT II SCENA 3
Całe towarzycho wraz z Zweisteinem podróżuje cudem techniki - wspaniale wyposażonymi, kolorowymi dżipami z napisem "Park Dziurajski" na drzwiczkach.
GLOS Z GŁOSNIKA: Po prawej stronie widzą państwo Rogocefalusa Rexa.
G. ŁUPIA: Nic nie widzę!
R. ARYJAT: Ja też. Pewnie jest bardzo nieśmiały i wstydzi się pokazać!
JAŚ: (wciąż zakneblowany) Blebleble...
MAŁGOSIA: (z płaczem) Ja chcę rogocefaluuuusaaaaaa!
GŁOS Z GŁOŚNIKA: A po lewej stronie widzimy stado szczypopiórów.
ZWEISTEIN: Nic nie widzę. Ktoś nam dmucha w balonik.
R. ARYJAT: To jakieś szachrajstwo! Ja stąd wychodzę!
G. ŁUPIA: O! Widzę coś na horyzoncie!
R. ARYJAT: To laktynotwór! Podejdźmy do niego!
(podchodzą krówki rasy czerwonej stepowej, która spokojnie pasie się na łące. Obok niej stoi Ochroniarz z ogromnym kąpielowym termometrem i mierzy jej temperaturę. Nie pytajcie mnie w jaki sposób.)
OCHRONIARZ: Ma lekką gorączkę. To się dzieje regularnie co cztery tygodnie.
G. ŁUPIA: Wspaniały okaz laktynotwora. Może zjadł coś nieświeżego? Przebadam jego odchody. Może znajdę w nich jakieś trujące roślinki? (Genowefa Łupia nakłada gumowe rękawice i zaczyna nimi grzebać w kupkach nawozu, które każda porządna krowa pozostawia po sobie jako świadectwo działalności przetwórczo-mleczarskiej)
R. ARYJAT: Chyba pora wrócić do laboratorium.
G. ŁUPIA: (z niekłamanym zainteresowaniem ogląda i obwąchuje krowie ekskrementy) Ja zostanę, jeśli pozwolicie. Pan Ochroniarz odwiezie mnie później.
ZWEISTEIN: Let's go, jak mawiają starzy podolacy.
AKT III SCENA 1
Tym razem przenosimy się do laboratorium. Paskudny typ - informatyk John Kowalsky podkłada wirusa do głównego komputera i wyłącza prąd.
PROF. D. BILLSOW: Ratunkuuuuuu! Boję się ciemności! Kto zgasił światło?
LEON KOWALSKY: (podkrada się do inkubatora i zabiera jaja currary) Największa restauracja w kraju zapłaci fortunę za jaja. Zniszczy konkurencję serwując jajecznicę z jaj currary. Będę obrzydliwie bogaty! Bye bye profesorku!
PROF. D. BILLSOW: Ty podła świnio! (w akcie rozpaczy rozdziera szaty gestem Rejtana)
LEON KOWALSKY: (wsiada do dżipa i odjeżdża w siną dal)
AKT III SCENA 2
Leon Kowalsky przed główną bramą ogrodu. Ponieważ nie ma prądu (przecież sam go wyłączył) musi otworzyć ją ręcznie. W tym celu opuszcza przytulne wnętrze środka lokomocji i udaje się w stronę głównej wajchy ręcznego otwierania bramy.
LEON KOWALSKY: Ile to się człowiek namęczy nim zostanie milionerem. Ciekawe ile zapłacą mi za tuzin jaj bez jednej sztuki?
Wtem z pobliskich zarośli wyłania się przemiły szaro bury kotek. Przeciąga się i powolnym krokiem podchodzi do Kowalsky'ego. Mruczy przy tym przymilnie.
LEON KOWALSKY: Czworospadus! Najgroźniejsza bestia z okresu Górnej Dziury! Jak paskudnie warczy!
CZWOROSPADUS: Mrrrrr...
LEON KOWALSKY: (z nieukrywanym przerażeniem) Spokojnie kolego. Przecież nie zrobisz mi krzywdy. Jestem niesmaczny.
Drogi Czytelniku. Na pewno jesteś oburzony obrzydliwą, niesmaczną i tchórzowską postawą naszego czarnego charakteru. Ale postaw się sam w sytuacji Johna Kowalsky'ego. Samotność, nieprzebyty las, zamknięta brama, wyrzuty sumienia. I wtedy z gęstych chaszczy wynurza się nieduży ale paskudny potwór, gotów w każdej chwili skoczyć Ci do gardła. Czy Ty nie zachowałbyś się w sposób jeszcze bardziej obrzydliwy lub jeszcze bardziej tchórzowski?
CZWOROSPADUS: (podchodzi do Kowalsky'ego i zaczyna się łasić) Miau!
LEON KOWALSKY: Aaaaaa! Ratunku! (wsiada do dżipa i zatrzaskuje za sobą drzwi. Czworospadus wchodzi do środka otwartym oknem i sadowi się bohaterowi na kolanach)
CZWOROSPADUS: Mrrauu!
LEON KOWALSKY: Aaaa! (uruchamia dżipa i całym impetem wjeżdża w pobliskie drzewo. Słychać przyciszonego marsza żałobnego)
AKT III SCENA 3
Komedyja odbywa się w laboratorium. Profesor siedzi przy świeczce i wali głową w stół z rozpaczy. Genowefa Łupia wpada do środka.
PROF. D. BILLSOW: Gdzie są moje wnuki?
G. ŁUPIA: Odjechały przede mną. Ja zostałam z laktynotworem. Pański Ochroniarz mnie odwiózł.
PROF. D. BILLSOW: O ja nieszczęśliwy! (płacze rzewnymi łzami) Moje biedne wnuki! Na pewno coś im się stało. Powinny już tu być. Co ja biedny teraz pocznę. Uuuuuuuuuuuu! Uuuuuuuuuuuu!
G. ŁUPIA: Dlaczego nie ma prądu?
PROF. D. BILLSOW: Ten bandyta Leon Kowalsky okradł mnie! zabrał wszystkie jaja currary. Teraz będzie je serwować ze szczypiorkiem połowa załozieckich restauracji! Co ja zrobię! Uuuuuuu! Uuuuuu!
G. ŁUPIA: Mimo wszystko kocham pana profesorze! Dla pana skoczę w ogień!
PROF. D. BILLSOW: O, jakie to wzruszające! Uuuuuuu! Uuuuuuuu!
Drogi Czytelniku. Jeżeli nie wzruszyłeś się jeszcze tą rzewną sceną, jeśli nie wylewasz potoków łez na karty tego utworu, jeśli nie wzdychasz z rozrzewnieniem nad tragiczną niedolą bohaterów "Parku Dziurajskiego" - to znaczy, że jesteś nieczułym gadem, analfabetą, albo nie zrozumiałeś moralnego przesłania zawartego w serdecznych wynurzeniach obojga opisywanych person. W tym wypadku polecam Ci ponowne przeczytanie ostatniego fragmentu, od słów profesora: "gdzie są moje wnuki?". Do suszenia przemoczonego słonymi łzami tekstu sztuki polecam wspaniałe, krajowe, tanie i niezawodne (hehehe) suszarki do włosów firmy Zelmer.
AKT III SCENA 4
Widzimy teraz czwórkę bohaterów: Aryjata, Zweisteina, Jasia i Małgosię. Ich dżipy zatrzymały się przed jedną z licznych bram. Niestety zamknęła się ona samoczynnie z powodu pewnego pożałowania godnego incydentu spowodowanego przez pewnego pożałowania godnego informatyka. Jeśli jeszcze nie jarzysz (przepraszam za slangowe, brukowe, rynsztokowe wyrażenie, ale gdybym użył trącącego myszką słówka "kapować", prawdopodobnie nie doczytałbyś tej sztuki do końca z powodu ataku śmiechu) o co chodzi, polecam Ci, drogi Czytelniku, ponowne przeczytanie pierwszych dwóch scen trzeciego aktu i samodzielne wysnucie wniosków.
MAŁGOSIA: To straszne! Jak przedostaniemy się do laboratorium?
JAŚ: Bleblebleble...
R. ARYJAT: To niezły pomysł, ale chyba jego wykonanie przerasta nasze skromne możliwości. Nie sądzi pan, panie Zweistein?
ZWEISTEIN: Racja koleś. (głos zaczyna mu się trząść) Czy nie słyszałeś jakiegoś podejrzanego odgłosu?
R. ARYJAT: Chyba nie. Ale zaraz... Coś tu się skrada.
Z gęstych chaszczy wybiega powoli niewątpliwie biały, choć nieco przybrudzony baranek. Nawet więcej - rogaty baranek. Tak więc rogaty, przybrudzony, biały baranek podchodzi wolnym kroczkiem do naszych bohaterów i zaczyna skubać trawkę (tylko bez zbędnych skojarzeń) obok dżipów. Jeśli na widowni są fani zespołu Kult, można im puścić piosenkę... Tutaj mały konkurs dla melomanów. Jaką piosenkę miałem na myśli? W nagrodę funduję nośnik z zepsutej dyskietki trzyipółcalowej. Rozwiązań proszę nie przysyłać - poczta ma i tak dosyć roboty.
WSZYSCY: Rogocefalus Rex! Ratunku!
ZWEISTEIN: Mam straszne rozwolnienie. Muszę na chwilę wyjść. Nie czekajcie na mnie!
(bohater kieruje się szybkim krokiem w stronę drewnianej latryny odległej o niecałe dwa pierdnięcia w celu wypełnienia szczytnych obowiązków fizjologicznych)
ROGOCEFALUS REX: Beeeeee! Beeeeee!
MAŁGOSIA: Jak ten potwór przeraźliwie ryczy!
JAŚ: Blebleble...
R. ARYJAT: Ratunku!
Tutaj wszyscy bohaterowie oddają się całkowicie usprawiedliwionemu w tej dramatycznej sytuacji atakowi histerii. Niestety, rzucając się po kabinie dżipa wpadli w jakiś osobliwy rezonans (którego naturę byłby w stanie nam wyjaśnić pan Zweistein. Niestety musiał on wyjść na chwilę w ważnej sprawie). Rezonans ten spowodował przewrócenie się dżipa do góry kółkami i uwięzienie bohaterów w straszliwej pułapce. Na szczęście Rogocefalus nie zainteresował się przewróconym wehikułem. Jego uwagę zajęły uchylone drzwi latryny (niestety wypaczyły się one ze starości i ich domknięcie stało się niemożliwością nawet dla tak wszechstronnie utalentowanego człowieka jak Zweistein.) Jednak człowiek ten nie tracił zimnej krwi i zaczął rzucać w potwora leżącymi opodal kamykami i gałązkami. Nie będę opisywać heroicznej walki heroicznego herosa z potworną bestią. Nadmienię tylko, że spiął się on na szczyty bohaterstwa, tak że walka Herkulesa z lwem wydawała się przy tym dziecinną zabawą. Jednak wszystko zakończyło się tragicznie. Poczwara rozpędziła się, uderzyła w bohatera zakręconymi rogami i wepchnęła do sedesu. Przez chwilę słychać było głośne bulgotanie, ale potem wszystko ucichło...
ROGOCEFALUS REX: Beeeeee!
ZWEISTEIN: Bul bul bul...
R. ARYJAT: (wewnątrz dżipa) Muszę coś zrobić. Musimy się stąd wydostać! Już wiem!
Tutaj Aryjat z nadludzką siłą wstaje i po uprzednim wybiciu dziury w dachu unosi nad głowę wrak samochodu, jakby był on dziecinną zabawką i odrzuca go w krzaki. Następnie bierze Jasia pod jedną pachę, Małgosię pod drugą i z tym niecodziennym bagażem wspina się na rozłożyste drzewo rosnące opodal.
R. ARYJAT: W końcu grało się swego czasu Rambo w szkolnym przedstawieniu!
AKT IV SCENA 1
Te same osoby co przed chwilą, a raczej osiem godzin temu, ponieważ autor nie zachował klasycznej jedności czasu i właśnie upłynęła cała noc. Bohaterzy siedzą na drzewie i obserwują z otwartymi oczyma (a może oczami?) otaczający świat.
R. ARYJAT: Jaki piękny krajobraz!
MAŁGOSIA: Faktycznie.
JAŚ: Bleble...
R. ARYJAT: Popatrzcie w tamtą stronę. Idzie kilka tych małp z gatunku Homo Impos Animi. Powiewają jakimiś długimi, kolorowymi taśmami.
MAŁGOSIA: Może to sztandary?
R. ARYJAT: Może? Ale dlaczego one chodzą na dwóch nogach? Przecież najnowsze badania docenta I. M. Becille'a dowodzą, że były one czworonożne! Nie do wiary!
JAŚ: Blebleble...Włosy panu rozczochrał wiatr.
TUBYLCY: Продавати ліки, хороші ліки - від усіх хвороб.
R. ARYJAT: Czy to jakieś pieśni religijne?
MAŁGOSIA: Może raczej pieśni wojenne. Niech pan popatrzy! Tam idzie druga grupa tubylców z innymi sztandarami!
TUBYLCY 2: Наші ліки краще для виробництва за ліцензією професcорa Хрущова
R. ARYJAT: Faktycznie! Oni są w stanie wojny! Zaczynają się bić! Nikita Chruszczow przecież wyhodował w laboratorium kukuruzę, a mimo to jego leki nie mają nabywców.
MAŁGOSIA: Może lepiej wykorzystajmy zamieszanie do opuszczenia tego drzewa. Później mogą zauważyć, że popieramy tych pierwszych..
R. ARYJAT: Dobry pomysł.
AKT IV SCENA 2
Ponieważ autor nie zachował również klasycznej jedności miejsca - możemy teraz ujrzeć naszych bohaterów idących przez sawannę w stronę laboratorium.
R. ARYJAT: Jeszcze trochę i będziemy na miejscu!
MAŁGOSIA: Niech pan popatrzy!
R. ARYJAT: Stado szczypopiórów! Wspaniałe!
Faktycznie. Małgosia zauważyła stado białych gąsek, które dreptały powoli w nieznanym kierunku (kompasu nasi bohaterowie nie mieli a pan Aryjat nie był w młodości harcerzem i nie potrafił określać stron świata na podstawie mchu na drzewach. Poza tym, w okolicy nie było drzew, ale to już zupełnie inna historia).
JAŚ: Blebleble...Panie Aryjat włosy tracą fiolet, pan profesor będzie zły.
MAŁGOSIA: Zauważyły nas! Uciekajmy!
R. ARYJAT: Schowajmy się pod tą kłodą. W międzyczasie poprawia czuprynę.
SZCZYPOPIÓRY: Gę gę gę gę.
MAŁGOSIA: Aaaaaaa!
SZCZYPOPIÓRY: Gę gę...
R. ARYJAT: Poszły sobie. Paskudne stworzenia. A teraz w drogę.
AKT IV SCENA 3
Tym razem Genowefa Łupia i profesor Denys Billsow rozmawiają na temat uruchomienia tego, co zepsuł pan Kowalsky.
PROF. D. BILLSOW: Czy kochasz mnie Genowefo?
G. ŁUPIA: Nad życie profesorze!
PROF. D. BILLSOW: Czy zrobisz dla mnie wszystko?
G. ŁUPIA: Skoczę w ogień. I tak będzie on chłodniejszy od ognia mojej miłości!
PROF. D. BILLSOW: Musisz pójść do pobliskiej stacji transformatorowej i włączyć prąd.
G. ŁUPIA: Jak mam to zrobić?
PROF. D. BILLSOW: Musisz zejść na dół, otworzyć trzecie drzwi po lewej stronie, skręcić w trzeci korytarz na prawo, następnie zejść dwa piętra na dół, otworzyć piąty właz po prawej skręcić w lewo gdy zobaczysz zieloną rurę biegnącą pod sufitem. Później wystarczy, że otworzysz szafę pancerną kodem 122323423-154-1231-145 i pociągniesz w dół piętnastą wajchę drugiego rzędu z lewej oraz wciśniesz drugi czerwony guzik w ósmej kolumnie. Czy zapamiętasz?
G. ŁUPIA: Nasza miłość będzie oświetlać mi drogę!
PROF. D. BILLSOW: Żegnaj ukochana! Poszedłbym sam, ale niestety łamie mnie lumbago i podagra.
G. ŁUPIA: Żegnaj ukochany! Nie martw się! Wrócę!
Drogi Czytelniku. Zapewne czujesz teraz przypływ morale. Pewnie chcesz wyręczyć piękną białogłowę w wypełnianiu tej szlachetnej i niebezpiecznej misji. Jednak wstrzymaj się przez chwilę. Gdy przeczytasz o niebezpieczeństwach czających się w podziemiach trafostacji, zmienisz zdanie szybciej niż się spodziewasz.
AKT IV SCENA 4
Genowefa przedziera się przez podziemia trafostacji. Nagle słyszy jakieś podejrzane odgłosy.
G. ŁUPIA: Chyba słyszałam jakieś podejrzane odgłosy.
ECHO: Osy, osy, osy...
G. ŁUPIA: To na pewno straszliwa currara!
Proroctwo Genowefy spełniło się. Z któregoś wywietrznika wybiegła nieduża kura rasy zielononóżka. Zagdakała przeraźliwie.
CURRARA: Koooo-ko-ko koooo-ko-ko!
G. ŁUPIA: Ratuuuuuunkuuuuu!
CURRARA: Kokodak! Kokodak!
G. ŁUPIA: Muszę ją zabić! Albo ona, albo ja! O! Tam jest jakiś kawał rury!
Nie będę opisywał drugiej już w tej sztuce heroicznej walki. Dodam tylko, że zakończyła się ona pełnym sukcesem ludzkiej siły i intelektu. Zakrwawione truchło straszliwej currary, przysypane brudnym pierzem wala się teraz w błocie pokrywającym większą część podziemi.
G. ŁUPIA: Zwyciężyłam potwora! Teraz włączenie prądu będzie dziecinną igraszką!
AKT IV SCENA 5
Genowefa, której udało się włączyć prąd wybiega z podziemi. Wtedy z chaty wybiega mimo podagry profesor Billsow a z pobliskich krzaków wybiega Aryjat z dziećmi. Wylewnym powitaniom nie ma końca.
PROF. D. BILLSOW: Moje kochane wnuki.
JAŚ: Blebleble...
MAŁGOSIA: Może byśmy mu zdjęli knebel?
PROF. D. BILLSOW: Niezły pomysł. (wciela ideę w życie)
JAŚ: (do Aryjata) ...począwszy od tych o masie cząsteczkowej przekraczającej 150 unitów, co daje w efekcie większą konsolidację międzykomórkowej mezoglei mającą na celu utworzenie parenchymy pokrytej dwumikrometrową cuticullą składającą się z nasyconych i nienasyconych skleroproteidów...
Nie zdziwi Cię zapewne, drogi Czytelniku, że wszyscy, wspólnymi siłami powalili Jasia na ziemię i ponownie zakneblowali. Przecież ostrzegałem Cię, że dzieciństwo geniuszy nigdy nie jest usłane różami.
R. ARYJAT: Panie profesorze! Opuśćmy tę krainę, póki nie jest za późno. Możemy przypłacić pobyt tutaj życiem!
PROF. D. BILLSOW: Zostawić cały dorobek mojego życia? Ryzykujemy życiem? To na co jeszcze czekamy! Do helikoptera!
Drogi Czytelniku. Dobry dramat powinien mieć jakieś zakończenie. Proponuję następujące. Wszyscy bohaterowie opuszczają przeklętą prowincję tak szybko jak się da. Do laboratorium wpada rogocefalus rex i demoluje spreparowane, doczesne szczątki przedstawiciela własnego gatunku. Być może ma to jakieś znaczenie symboliczne, autor nie wie. A nawet gdyby wiedział, to tego nie napisze, ponieważ palce spuchły mu już od kilkugodzinnego stukania w klawisze komputera. Jeśli ktoś ma koncept na lepsze zakończenie tego wspaniałego, wiekopomnego, genialnego, przepojonego duchem ssaczej jedności, unikalnego i oryginalnego dzieła - proszony jest o kontakt z autorem. Listowny oczywiście. Adresu nie podaję - jeśli ktoś potrafi wymyślić lepsze zakończenie, to odgadnięcie adresu będzie dla niego dziecinnie proste.
0 komentarze:
Prześlij komentarz